Ten pamiętny Sylwester!

Niektórzy na tę noc czekają cały rok. Planują, szykują, wymyślają oryginalne przebrania, gadżety, stroje, potrawy, trunki, atrakcje. Inni dziwią się, że robi się tyle szumu wokół jednej imprezy, która niczym specjalnym nie różni się od innych, a nawet bywa dużo gorsza. Jedni wybierają szykowne bale, inni wolą kameralne imprezy w knajpach, a jeszcze inni wolą popatrzeć jakie atrakcje na ten wieczór przygotowały stacje telewizyjne, wypić kieliszek wódki o północy i odpalić fajerwerki z sąsiadami na podwórku. Tak, chodzi o Sylwestra. A jak tę noc, kiedy żegnamy stary i witamy nowy rok wspomina kilkoro znanych szczecinian? Wspomnieniami podzielili się z nami: Anna Szotkowska, Anna Bańkowska, Sylwia Fabiańczyk-Makuch, Dariusz Wieczorek, Jarosław Rzepa oraz Michał Janicki.

Sylwia Fabiańczyk-Makuch, dyrektorka i dyrygentka chóru Politechniki Morskiej w Szczecinie, prof. Akademii Sztuki w Szczecinie.

Historia ta wydarzyła się w Sylwestra wiele lat temu. Zawiera kilka ważnych elementów. Pierwszy – to był trudny rok dla mojej rodziny tata był bardzo chory, przeszedł skomplikowaną operację serca, w grudniu przebywał jeszcze w szpitalu na rehabilitacji. Drugi – pochodzę z Dolnego Śląska, z małej miejscowości Przemków. Trzeci – zostałam wtedy zaproszona z moim ówczesnym chłopakiem – Marcinem, dziś mężem, na Sylwestra do Zielonej Góry, gdzie on studiował. I czwarty najważniejszy element tej historii – auto mojego taty. Ulepszony NRD-owski trabant z nowym silnikiem volkswagena, zwany wtedy w Polsce „mydelniczką” z racji materiałów jakie wykorzystano do jego produkcji m.in. plastiku i kartonu. Ale mimo to, było to jego ukochane auto, miało ono dla niego bardzo duże znaczenie, zawsze wyczyszczone, wymyte, zadbane, wychuchane. Dominowała zasada –wszystko można pożyczyć, ale na pewno nie trabanta (śmiech). Na kilka dni przed końcem roku, w tajemnicy przed tatą, za to za cichym przyzwoleniem mamy, Marcin pojechał nim do Legnicy, gdzie wtedy mieszkał. Panowała wtedy bardzo ostra zima z trzaskającym mrozem na zewnątrz. Mój chłopak w Legnicy spędził kilka dni i miał wrócić po mnie w Sylwestra około południa, skąd planowaliśmy pojechać prosto do Zielonej Góry na imprezę z dużą grupą znajomych. Trudno sobie to teraz wyobrazić, ale wówczas istniały tylko połączenia stacjonarne, o komórkach nawet nam się nie śniło. Bieżący kontakt był więc niemożliwy. Nadchodzi Sylwester. Mijają godziny, ja w pełnej gotowości, makijaż i stylizacja dopracowane, a Marcina nie ma. Od samego rana prześladowały mnie jakieś złe przeczucia. Swoją drogą często mi się zdarzają, szczególnie w odniesieniu do zdarzeń drogowych. Chodziłam więc już od początku dnia lekko zaniepokojona. Po południu zaczęłam konkretnie panikować. Czułam, że coś złego musiało się wydarzyć. W końcu mój przyszły mąż zadzwonił późnym wieczorem. Stres w głosie, strach, przejęcie i totalne przerażenie! Okazało się, że wpadł w poślizg, wypadł z szosy na pole i przekoziołkował, kończąc w rowie. Kto pamięta trabanty, ten wie czym skutkowało takie zdarzenie. Totalna miazga. Auto całkowicie pogięte, niezdatne do jazdy, w tragicznym stanie. Marcin zaczął szukać ratunku, ludzi, którzy pomogliby mu postawić auto na koła i ściągnąć go z pola. Ale droga pusta, wszyscy pewnie dojechali na swoje imprezy sylwestrowe. A on w samej koszuli na trzaskającym mrozie! Szarpały nim takie emocje i panika, że nie czuł zimna, próbował nawet wyciągnąć samochód z rowu samodzielnie. A mróz sięgał wtedy do – 20 stopni Celsjusza. W końcu dotarł do jakichś zabudowań i zadzwonił do mnie. Cała sytuacja rozgrywała się jakieś 30 kilometrów od Przemkowa. Poprosiłam więc o pomoc przyjaciela rodziców – nadleśniczego Poldka. Był znany w moim mieście m.in. z tego, że kolekcjonował militaria. Kiedyś jednak przy próbie rozbrojenia pocisku wybuch urwał mu prawą dłoń. Mimo to, bez zastanowienia wsiadł do auta i poprowadził je jedną ręką, gnając jak szalony po tego mojego chłopaka (śmiech). Przywiózł go półprzytomnego. Nie było sensu jechać do Zielonej Góry. Noc sylwestrową spędziliśmy więc z nadleśniczym i jego rodziną grając w brydża (śmiech). Marcin nawet się nie przeziębił. Najgorsze jednak było przed nim – spotkanie z moim tatą (śmiech). Historia ta ma więc jeszcze swoja ostatnią odsłonę. Coś trzeba było zrobić, aby tata o tym wypadku się nie dowiedział. 1 stycznia pojechaliśmy do niego do szpitala. Niestety, tata też posiada specyficzny „radar” i swojego rodzaju szósty zmysł. Z miejsca zapytał czym przyjechaliśmy i dlaczego nie trabantem. Był z nami nadleśniczy Poldek, więc wszyscy chórem oznajmiliśmy, że to on nas podwiózł do szpitala. Ale tata nie pozbył się podejrzeń. Drążył, drążył, w końcu nie wytrzymał i zadał to zasadnicze pytanie: co się stało z autem? Wtedy z mamą zaczęłyśmy plątać się w zeznaniach, ostatecznie tłumacząc, że nic złego się nie wydarzyło, trabant miał tylko „mały” wypadek… Po wnikliwym przesłuchaniu udało nam się uspokoić tatę argumentując, że gdyby to on prowadził uszkodzone auto po wyjściu ze szpitala (okazało się, że pękła zwrotnica), najprawdopodobniej dachowania by nie przeżył. Wniosek? Przyszły zięć uratował mu życie (śmiech).

Dariusz Wieczorek – zachodniopomorski poseł Nowej Lewicy

To historia z lat 80. Ubiegłego wieku, z moich czasów studenckich. Byłem wtedy organizatorem pewnego wyjazdu na Sylwestra dla grupy studentów ówczesnej Politechniki Szczecińskiej. Pojechaliśmy w polskie Tatry, gdzieś chyba w okolice Zwardonia. Zarezerwowałem miejsca w pięknym pensjonacie. Nasza grupa liczyła 25 osób. Przyjechaliśmy dwa dni przed Sylwestrem, żeby można było jeszcze pozwiedzać (śmiech). Bardzo przemiła pani właścicielka przywitała nas z ogromną radością. Ustaliłem wszystkie zasady jak ma wyglądać Sylwester – muzyka mechaniczna, potrawy, tańce. Wszystko zostało pięknie przygotowane. Impreza się rozpoczęła o godzinie 20. Tuż przed północą wszyscy się szykowaliśmy do otwierania szampanów, a raczej radzieckich win musujących w stylu „Carskoje Igristoje”. Właścicielki już w tym czasie w pensjonacie nie było, udała się witać Nowy Rok do rodziny. Wcześniej odśpiewaliśmy jej „100 lat” i podziękowaliśmy za to, że jest tak wszystko cudownie przygotowane. Tuz przed północą zarządziłem otwieranie szampanów. Zabawa była tak szalona, że te trunki były bardzo mocno gazowane. I jak to wszystko wystrzeliło… A płyn był koloru bordowego, zaś sufit niski, bo impreza trwała w takiej piwnicznej świetlicy, to został on oraz ściany skutecznie ozdobione soczystymi plamami. Próbowaliśmy je zmyć, ale bezskutecznie. Następnego dnia, godzina 12, południe, idziemy na śniadanie. Ja z duszą na ramieniu na widok właścicielki pensjonatu. Witam ja jednak z radością, życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku, a ona do mnie mówi: „Panie Wieczorek, w tym lokalu, to był Pana ostatni wieczorek” (śmiech). Oczywiście przeprosiliśmy ją mocno. Potem już się śmiała z tego. Ale zrobiliśmy jeszcze „zrzutkę” na odnowienie ścian i sufitu. Wszystko więc się zakończyło elegancko.

Anna Bańkowska, Członkini Zarządu Województwa Zachodniopomorskiego

Mój niezapomniany Sylwester życia, to ten ubiegłoroczny. Choć naprawdę nic nie zapowiadało takich wrażeń. Rok temu wraz z mężem Rafałem uznaliśmy, że jesteśmy po ludzku zmęczeni i nie mamy ochoty ani sił do hucznych zabaw. Zgodziliśmy się, że wieczór sylwestrowy spędzimy we dwoje w domu, bez eleganckich kreacji, w ciepłych swetrach i kapciach, o północy wzniesiemy toast lampką szampana i pójdziemy spać. I tak właśnie – zgodnie z naszymi planami – upływał nam czas, do momentu, gdy zadzwonili do nas nasi przyjaciele. Oni też spędzali Sylwestra w domu, jednak wpadli na pomysł, by Nowy Rok wspólnie powitać na plaży. – Będzie pusto, malowniczo i romantycznie, większość ludzi jest na imprezach albo miejskim Sylwestrze, który w Kołobrzegu ze względów bezpieczeństwa nie jest organizowany nad morzem – myśleliśmy. Spontaniczne pomysły są najlepsze, więc ubraliśmy kurtki, zabraliśmy naszego szampana i ruszyliśmy w kierunku mola. A na miejscu okazało się, że na ten sam pomysł wpadło… kilka tysięcy osób! Tłum ludzi, boom boxy, zimne ognie, szampan, ale przede wszystkim uśmiech, życzliwość, poczucie wspólnoty i magii spotkania. Rozmawialiśmy z nieznajomymi, jakbyśmy się znali od lat. Nie sposób zliczyć osób, którym składaliśmy życzenia i którzy nam życzyli szczęśliwego nowego roku. W tej jednej chwili spotkaliśmy się tak na luzie, bez zadęcia, bez fryzur i makijażu, bez wielkich planów. Ludzie byli uprzejmi, kochani, uśmiechnięci, otwarci. W pewnej chwili ci, co przynieśli sprzęt grający postanowili, że puszczają tę samą muzykę, więc na całej plaży ludzie tańczyli ze sobą, jakby się wcześniej umówili. O północy były fajerwerki – co istotne – bez ofiar (śmiech) Taki Sylwester potrafi utwierdzić w wierze, że tak naprawdę ludzie są fajni i życzliwi. I że nie trzeba dalekich podróży ani ekskluzywnych bali, aby zyskać niezapomniane wrażenia i ciepło w sercu.

Michał Janicki – aktor Teatru Polskiego oraz Kameralnego w Szczecinie

To był jeden z dwóch Sylwestrów w życiu, kiedy nie pracowałem i zarazem jeden z pierwszych z moją Zofią. Odbył się u naszego przyjaciela, wtedy „wiecznego” studenta prawa Uniwersytetu Gdańskiego, a teraz uznanego prawnika – adwokata. Miał wtedy taka dom w Rumii, niedaleko Gdańska. Bardzo ładny, pod lasem. I tam zebrało się towarzystwo bardzo różnorodne i bardzo wesołe. Oczywiście Zofia była najpiękniejszą dziewczyną na tym balu. Poza nią świata nie widziałem. Ale zauważyłem, kątem oka, bo mam kąt oka, co mi uświadomiła znana polska artystka kabaretowa Joanna Kołaczkowska, że na imprezie tej pojawił się wybitny polski reżyser Jarzy Gruza. A przyjechał, bo miał nadzieję, że pojedziemy z nim do jego domu w Kamiennej Górze w Gdyni. Gruza lubił mnie i cenił zawodowo. Zależało mu, abyśmy byli na zabawie sylwestrowej u niego, bo już wtedy pełniłem rolę „rozrywającą”, takiego towarzyskiego granatu, rozrywałem towarzystwo. Ale w tej „naszej willi” było tak fajnie, mnóstwo młodych osób, że Gruza kompletnie zapomniał o swojej imprezie. Tam na niego czekało ekskluzywne towarzystwo, a on się bawił u nas. Bo jak stwierdził: „u Was jest weselej”. Przyjechał do nas w grubych, zimowych butach. Nagle mówi do mnie: „chodź ze mną do samochodu, pomożesz mi, bo muszę przebrać „szpilki”. Pytam: Jakie „szpilki”? A Gruza wyciągnął takie bardzo eleganckie, lakierowane buty włoskie. A buty to była jego specjalność. Olejnik słynie z nich w telewizji, a on słynął w teatrze. Zabawa była przednia, Gruza „harcował” do białego rana. Zbyszek miał rodzinę na Zachodzie, więc zakupy na tę imprezę robione były w Pewexie. Wtedy nam niewiele trzeba było. Wystarczył karton Marlboro lub Cameli i wódka (śmiech). No może jeszcze whisky było w modzie. Tego wieczora mieliśmy szerokie plany, że ruszymy do Sopotu, może do Gdańska i tam będziemy szaleć. A było tak szampańsko, że zostaliśmy w domu Zbyszka. A chciałbym dodać, że był to w pewnego stopnia bal przebierańców. Np. ja byłem w kostiumie z „Madame Sans Gene”, ponieważ to były czasy Teatru Muzycznego którym dyrektorował Jerzy Gruza a Zofia przebrana była za czarodziejkę. Widać to na fotografii z tej imprezy. Taki był ten Sylwester. Wszystko co pamiętam z tego wieczoru pochodzi z relacji Zosi, a ja na niej polegam jak na Zawiszy (śmiech). Taka będzie puenta.

Anna Szotkowska – zastępca prezydenta Szczecina

Mój najbardziej pamiętny Sylwester związany jest z narodzinami córki. Ewa przyszła na świat trzy dni przed Nowym Rokiem. Tym samym sala balowa zamieniła się na salę szpitalną. Świętowaliśmy jednak podwójnie. Po pierwsze – na świecie pojawił się córeczka. Po drugie – Nowy Rok był pierwszym naszym wspólnym. Zawsze uśmiecham się też na wspomnienie sali szpitalnej tej pamiętnej nocy. Była cała udekorowana balonami i gadżetami związanymi z Sylwestrem. O wszystko zadbał mój mąż. Zrobił mi tym sporą niespodziankę

Jarosław Rzepa – zachodniopomorski poseł PSL.

Przez kilka lat z żoną nie mieliśmy szansy, aby wyjechać gdzieś na Sylwestra, poza Szczecin. Z dziećmi, przyjaciółmi, znajomymi. Zazwyczaj Sylwestra spędzamy odwiedzając się nawzajem. Kiedy więc siedem lat temu trafiła się okazja, aby wynająć na kilka dni dom w górach, w Karpaczu chętnie z niej skorzystaliśmy. Może to wydać się mało oryginalne, ale taki Sylwester był dla nas naprawdę wielką radością i przyjemnością. Zapadł mi w pamięci ze względu na atmosferę jaki wtedy panowała, na śnieg, mróz. To była prawdziwa zima, taka jak z obrazka, o którą w Szczecinie coraz trudniej. Codzienny rytuał wspólnego rozpalania ognia w kominku, codzienne długie spacery po okolicy. Nie interesowało nas co się dzieje w kraju i na świecie, nie włączaliśmy telewizji, ale za to graliśmy w gry planszowe z dzieciakami, a mieliśmy ich sporo. Takie rodzinne, wspólne spędzanie czasu. Byliśmy ze sobą, rozmawialiśmy o naszych wszystkich sprawach, przeżyciach, o tym na co brakuje czasu w domu,w codziennym życiu. Towarzyszyła nam grupa znajomych ze studiów, z którymi trzymamy się od samego początku. Razem jeździmy w różne miejsca. Wtedy wybraliśmy góry, bo chcieliśmy wreszcie mieć prawdziwą zimę. Niektórzy uczyli się jeździć na nartach. Sam jeżdżę, więc uczyłem innych pierwszych kroków w tym sporcie. Była sporo śmiechu i radości. Do tego zwiedzanie okolicznych atrakcji np. kopalni uranu i jednej z kopalni węgla kamiennego w Wałbrzychu, huty szkła. To było kilka wspaniałych dni, kiedy byliśmy wszyscy razem. Zapamiętam je na wiele lat. To taki mój osobisty, wspaniały Sylwester. Może banalny, ale dla mnie niezapomniany.

Prestiż  
Grudzień 2023